Zeznanie ks. Stanisława Jasińskiego

Pliki: Pobierz PDF (oryginał) |

Opracowanie źródła, redakcja transkrypcji i odczyt: dr Mateusz Zemla

Uwaga: zeznania znajdujące się w tej kolekcji nie odzwierciedlają prawdy — złożone zostały w warunkach przymsu.

Kategoria: protokół przesłuchania

Transkrypcja (redakcja)

Protokół przesłuchania świadka

Dnia 13 czerwca 1945 roku. Prokurator Specjalnego Sądu Karnego w Krakowie przy ulicy Grodzkiej nr 52 w osobie wiceprokuratora rejonowego dr Martiniego z udziałem protokolanta Żurkowskiej przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu świadka o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania i o treści artykułu 101 Kodeksu Postępowania Karnego, świadek zeznał co następuje.

Imię i nazwisko: kanonik ksiądz Stanisław Jasiński
Wiek: 51 lat
Imiona rodziców: Józef i Józefa
Miejsce zamieszkania: Kraków, Poselska siedem
Zajęcie: kanonik Kapituły Katedralnej w Krakowie
Wyznanie: rzymskokatolickie
Karalność: niekarany
akoś w połowie kwietnia roku 1943 pamiętam, że to była środa. Wezwany zostałem do księcia metropolity Sapiehy, który oświadczył mi, że zachodzi potrzeba oddania ostatniej posługi oficerom polskim zabitym w Katyniu i że w tym celu wyznacza mnie na wyjazd do Katynia. Książę metropolita Sapieha zaznaczył wyraźnie, że misja moja jest wyłącznie misją duchownego i że do Katynia udaję się wyłącznie tylko jako ksiądz. Powyższe oświadczenie księcia metropolity zrozumiałem w ten sposób, że jest to dyrektywa poza zakres, której nie wolno mi wychodzić. Osobiście uważałem, że jestem księdzem i Polakiem i że moim obowiązkiem jest udać się do Katynia i oddać ostatnią posługę. Z okoliczności towarzyszących mojemu wyznaczeniu do Katynia, u księcia metropolity odniosłem wrażenie, że uprzednio już musieli u niego być Niemcy, którzy zażądali wyznaczenia na wyjazd do Katynia duchownego. Od razu na miejscu u księcia metropolity dowiedziałem się, że o drugiej po południu tego samego dnia stawić się mam na placu Kleparskim, gdzie będą czekać już na mnie. Dowiedziałem się również, że będę jechał razem z delegacją Polskiego Czerwonego Krzyża. Po przybyciu na Rynek Kleparski zastałem już na miejscu kilku panów z Czerwonego Krzyża. Ponadto jakichś dwóch Niemców umundurowanych, umundurowanego oficera z niemieckiej propagandy, jakichś dwóch volksdeutschów, którzy też mieli jechać z nimi. Stamtąd nastąpił wyjazd samochodów na lotnisko, a zaraz bezpośrednio odlot z lotniska. Mniej więcej około godziny trzeciej po południu był postój w Warszawie i tam przyłączyła się jeszcze grupa panów Polaków w liczbie czterech lub pięciu z warszawskiego Czerwonego Krzyża. Zaraz potem nastąpił odlot z Warszawy. O godzinie szóstej przybyliśmy do Mińska. Stosunek Niemców do nas był uprzejmy. Ja uważałem jednak, że nas inwigilują i nie dają swobody ruchów. W Mińsku otrzymaliśmy posiłek żołnierski i nocowaliśmy na kwaterach wojskowych. Ja miałem nocleg z jakimś Kaweckim i wstrzymywałem się od rozmów z nim. Zauważyłem, że on rozmawiał z jakimiś Niemcami, lecz ja w tym udziału nie brałem. A rano następnego dnia nastąpił odlot z Mińska około godziny ósmej. Ponieważ na lotnisku w Smoleńsku musieliśmy jakiś czas czekać na samochody, przez to dopiero około południa przybyliśmy do Smoleńska do hotelu, jak się wydaje oficerskiego. Tam spożyłem obiad. Trochę się odświeżyłem i odpocząłem. Około godziny 16.00 Niemcy poprosili nas na przechadzkę po Smoleńsku. Oprowadzało nas po mieście około 4, być może 5 Niemców. Pamiętam, że pokazywali nam cerkwie, których urządzenie wewnętrzne było w bardzo dobrym stanie. Świadczyły o dobrej konserwacji. Także nawet zdziwiłem się, iż powszechnie mówiono, że Rosjanie zaniedbują je. Pokazywano nam również mury Smoleńska. Pomnik Glinki, kolejność zaś demonstrowania nam poszczególnych obiektów nosiła charakter wybitnie propagandowy. Następnie wróciliśmy wszyscy do wzmiankowanego hotelu oficerskiego i tam spożyliśmy kolację. Po kolacji przyszło więcej jeszcze Niemców i jeden z nich przemawiał do nas. W toku swojej przemowy naszkicował historię odkrycia grobów katyńskich, a następnie naświetlił sposób przeprowadzenia przez władze niemieckie badań. W konkluzji przypisał winę zbrodni katyńskiej Rosjanom. Już w toku jego referatu nie mogłem oprzeć się wrażeniu wstrętu, gdyż roztkliwianie się przez prelegenta przy równoczesnym uświadomieniu sobie ogromu zbrodni popełnionych masowo przez Niemców stwarzało w moim pojęciu obraz obłudy i wyrafinowania niemieckiego. Dokładnie przypominam sobie, że z oświadczeń złożonych przez prelegenta w toku tej przemowy wynikało, że władze niemieckie o grobach w Katyniu i o ich istnieniu dowiedziały się już z górą rok temu od momentu, od którego znają, zaraz po wkroczeniu wojsk niemieckich do Smoleńska. Po dokończeniu przemówienia do nas zabrał głos jeden z delegatów polskich. Mam wrażenie, że był to wiceprezes PCK w Warszawie i w formie stanowczej zainterpelował prelegenta, żądając wyjaśnienia, dlaczego teraz dopiero władze niemieckie ujawniają fakty i odkrycia znane im od przeszłego roku. Interpelacja tego delegata była tak dalece zdecydowana, że był moment, w którym obecni obawiali się wprost, aby ze strony Niemców nie nastąpiły jakieś represje. W odpowiedzi na te interpelacje prelegent niemiecki starał się wytłumaczyć dystans czasu pomiędzy momentem odkrycia grobów katyńskich a momentem ujawnienia i opublikowania tego odkrycia tym, że Niemcy w tym okresie zajęci byli działaniami wojennymi. Z całego przemówienia prelegenta odniosłem wrażenie, że było to nastawienie delegacji skłonione na swój punkt i zapatrywanie się na całą kształt sprawy. Bezpośrednio potem Niemcy rozpoczęli rozmowy indywidualne z poszczególnymi członkami delegacji. Również i ze mną rozmawiał jeden z nich, jednakowoż na tematy niezwiązane ze sprawą katyńską. Na drugi dzień rano o godzinie 6.00 odprawiłem mszę świętą w kaplicy, na której obecni byli członkowie delegacji oraz ci dwaj volksdeutsche, o których wspomniałem powyżej. Po czym wróciliśmy do hotelu, gdzie spożyliśmy śniadanie. Zaraz po śniadaniu nastąpił wyjazd samochodami do Katynia. Droga trwała bardzo krótko i po krótkim czasie po przejściu pieszo drogi leśnej stanęliśmy na polanie. Na polanie tej zauważyliśmy rząd już przez Niemców uprzednio przeglądniętych i uporządkowanych oraz ponumerowanych zwłok, przy czym na pierwszym planie były zwłoki generała Smorawińskiego i Bohatyrewicza. Według mojej oceny mogło być około 500 do 600 tych uszeregowanych trupów. Nieopodal zauważyliśmy wały ziemi, dwa olbrzymie doły napełnione warstwami trupów. Stan zwłok w dołach, w warstwach górnych, był, jak zauważyłem, bardzo dobry. Również i części skórzane oraz metalowe na trupach uszeregowanych i leżących w dołach były w doskonałym stanie. W drugim dole, mniejszym, zauważyłem trupy w pozycjach konwulsyjnych, powykręcanych, mogących świadczyć o ewentualnej odbytej walce. Wszystkie te trupy miały ręce skrępowane, wykręcone do tyłu i usta zakneblowane. Jeden z volksdeutschów, który przyjechał wraz z nami, ustawicznie robił zdjęcia. Także nawet słyszałem, jak któryś z panów zwrócił się do niego ze słowami: dałbyś już pan spokój. Wówczas tenże oświadczył, że robi zdjęcia, bo musi. Bo mu tak kazali Niemcy. Wszyscy Polacy zgrupowali się razem na wale ziemi i tam ja, ubrany w szaty liturgiczne, odprawiałem modły i poświęciłem groby, a następnie wspólnie chórem pomodliliśmy się. Bezpośrednio po tym odszedłem dość daleko na bok w głąb lasu, gdyż bardzo źle się już czułem, i usiadłem na pniu. Wkrótce nadszedł jakiś Niemiec, który usilnie nastawał na mnie, prosząc, żebym coś przemówił przez radio, to jest do mikrofonu. Odmówiłem mu, tłumacząc się tym, że jest to za poważna chwila, a ponadto czuję się bardzo zmęczony. W jakiś czas po tym przybył do mnie jeszcze drugi Niemiec, który znowu indagował, usiłując namówić mnie do wypowiedzenia się przez radio. W ogóle, jak się dowiedziałem od razu na miejscu od innych członków delegacji, wszystkich nas namawiali do wygłoszenia przemówienia do radia i to bardzo natrętnie. Wiem również z pewnością, że wszyscy delegaci tym namowom odmówili. Ja spełniłem swój obowiązek kapłański i idąc za instrukcją księcia metropolity uchylałem się od jakichkolwiek dalszych w tej sprawie poczynań i kroków. Odmówiłem prośbę Niemców, bo wiedziałem, że chodzi tu o propagandę, a nie chciałem być w ich rękach narzędziem tej propagandy. W tym samym czasie przechodziłem obok jakiejś budy, gdzie był zainstalowany mikrofon, i widziałem jakiegoś starego wieśniaka, który zrobił na mnie wrażenie nieprzerażonego, a zmaltretowanego, przemawiającego do aparatu. Nie wiem, czy było to radio, czy też nakręcono film. Już w czasie jazdy powrotnej zatrzymaliśmy się w odległości około 3 km od Katynia i tam oglądaliśmy eksponaty wyjęte z grobów. Była to po prostu cała wystawa. Ja chciałem pozostać w samochodzie, nie mając chęci się tam udać, a zresztą czując się słabo, jednak Niemcy nalegali, aby wszyscy tam się udali, przy czym znowu robili zdjęcia fotograficzne. W czasie pobytu w Katyniu nie dano nam sposobności do jakichkolwiek badań na własną rękę i w ogóle nie mieliśmy możliwości dokonania jakichś samodzielnych badań. Groby w Katyniu zwiedzaliśmy w piątek. W piątek też powróciliśmy do Smoleńska i po spożyciu obiadu około godziny drugiej po południu nastąpił odjazd na lotnisko, a następnie odlot do Krakowa, z postojem w Baranowiczach i Warszawie. Do Krakowa przybyliśmy w piątek w późnych godzinach wieczornych, już po godzinie policyjnej. Nadmieniam, że wszystko działo się w 1943 roku, więc w czasie, kiedy widzieliśmy już tyle mordów niemieckich, kiedy wszyscy widzieli, że oni się w tym specjalizują i to umieją robić, że wszystkich członków delegacji uderzył ponadto dystans pomiędzy samym odkryciem a opublikowaniem i rozreklamowaniem tego odkrycia i zarówno mnie jak i innych delegatów, o czym wiem z rozmów z nimi, wstrętem napawał fakt, że Niemcy, o których w tym czasie wszyscy wiedzieli, jak wiele dokonali mordów, w całej tej sprawie udają filantropów i roztkliwiają się. Do wszystkich enuncjacji i przedstawień niemieckich, o których zeznałem powyżej, odnosiłem się naprawdę bardzo krytycznie. Sam zaś konkludowałem, że hitlerowska wersja budzi protest. Uważałem też, że skoro, jak później doszło do mojej wiadomości, Niemcy w samym Smoleńsku wymordowali około 100 tysięcy ludności, więc dlaczego nie mogli wymordować jeszcze tych parę tysięcy. Stwierdzam, że po powrocie Niemcy chcieli mnie wyzyskać propagandowo i stale wysyłali mi ludzi. Także doszło do tego, iż w pewnym okresie czasu musiałem się nawet ukrywać i nocowałem poza domem. Chcieli ode mnie, żebym napisał artykuł do „Gońca”, przemówił przez radio i wypowiedział się na łamach prasy. Stwierdzam, że posuwano się nawet do tego, że czyniono mi różne obietnice. Obiecywano wypuścić kogoś z Montelupich lub Płaszowa oraz że ja mogę ułatwić inne wszelkie sprawy, których nie precyzowali. Jeden gestapowiec odwiedził mnie w domu. Przybył około godziny czwartej, a wyszedł dopiero o 11 w nocy. Przez cały czas usilnie namawiał mnie do wygłoszenia przemówienia przez radio, względnie wypowiedzenia się na łamach prasy. Gestapowiec ten chcąc mnie ośmielić zajmował stanowisko pozornie krytyczne wobec niektórych posunięć władz okupacyjnych. A także w szczególności opowiadał z krytyką, jakie potworności dzieją się na Montelupich. Motywem mojej odmowy zdecydowanej było, że miałem wewnętrzne przekonanie, że wszystko to jest robotą niemiecką. Nadmieniam, że zaraz po przybyciu złożyłem księciu metropolicie sprawozdanie ze swojej misji, przy czym przedstawiłem mu wszystkie swoje zastrzeżenia i podzieliłem się swoimi wrażeniami. W czasie okupacji na ogół starałem się unikać rozmów na temat mego pobytu w Katyniu, ponieważ czychano na mnie, i w sprawach tych wypowiadałem się tylko bardzo oględnie i tylko osobom zaufanym. W szczególności dzieliłem się wrażeniami swoimi z księdzem Machajem, z księdzem Ważniakiem z Krakowa, nadto z księdzem prałatem Bystrowskim. I koniec. Odczytano. Część II ODPIS załącznika do protokołu przesłuchania świadka księdza kanonika Stanisława Jasińskiego z dnia 13.06.1945. W połowie kwietnia 1943 roku zostałem wysłany przez księcia metropolitę Sapiehę do Katynia, od którego otrzymałem wyraźną i ściśle określoną dyrektywę. Ksiądz tam jedzie jako ksiądz i tylko dla oddania pomordowanym tamże Polakom ostatniej religijnej posługi. Uważałem, że skoro zostałem do tego wyznaczony, jest to moim i religijnym jako kapłana, i obywatelskim jako Polaka obowiązkiem. Pamiętam, była to środa, spod Fenixu na Kleparzu. Na Kleparzu wyjechałem samochodem wraz z grupą Polskiego Czerwonego Krzyża około godz. 14 na lotnisko w Rakowicach, skąd nastąpił odlot do Warszawy. Z Warszawy, gdzie przyłączyła się do nas dalsza grupa panów z Warszawskiego Polskiego Czerwonego Krzyża, do Mińska. W Mińsku przenocowaliśmy w koszarach wojskowych. W czwartek w godzinach rannych nastąpił dalszy odlot do Smoleńska. Cały dzień spędziliśmy w Smoleńsku, gdzie na pomieszczenie przeznaczono nam kasyno wojskowe, i w godzinach popołudniowych oprowadzali nas Niemcy po mieście. Oczywiście nie spuszczono nas ani na chwilę z oka. Po wieczornym posiłku miał do nas przemówienie jakiś młody oficer o grobach w Katyniu, o badaniach niemieckich przeprowadzonych na miejscu. A kiedy w toku mowy wspomniał, że Niemcy odkryli te groby zaraz po zajęciu Smoleńska, więc zaraz w połowie 1941 roku, jeden z naszej delegacji zapytał odważnie, dlaczego te sprawy tak długo trzymali w tajemnicy, to nastąpił moment bardzo napięty. Oficer zapytał w tej mniej więcej formie: Co pan przez to chciał powiedzieć? Po chwili udało się to naprężenie załagodzić, a oficer tłumaczył tę długą zwłokę intensywnymi działaniami wojennymi w tym czasie. W piątek we wczesnych godzinach rannych, około godziny szóstej, odprawiłem w Smoleńsku w jakimś szpitaliku wojskowym mszę świętą żałobną za dusze pomordowanych naszych rodaków, w obecności wszystkich panów z Polskiego Czerwonego Krzyża. Po mszy świętej, około 8.00–9.00 wyjechaliśmy autami do Katynia. Po półgodzinnej jeździe byliśmy już na miejscu. Idziemy w lewo w las, dolatuje do nas coraz silniejsza woń trupia. Stanęliśmy nad dwoma wielkimi odkopanymi masowymi grobami. Obok, na sąsiadującej wielkiej polanie, leżało 500–600 trupów ułożonych tuż obok siebie. Pierwszy generał Smorawiński, drugi generał Bohatyrewicz, a dalej, i nie wszyscy w mundurach, butach. Stan zwłok bardzo dobry, do niektórych czasach przyschnięte były resztki z sczerniałego ciała. W obu grobach dalsze zwłoki warstwami tuż obok siebie sprasowane, twarzami zwrócone do ziemi. Wszyscy otrzymywali jeden albo dwa strzały w kark. Jeszcze okropniejsze wrażenie robił drugi grób. W nim leżały ofiary ze skrępowanymi w tył rękami, z zakneblowanymi ustami. Kości konwulsyjnie powyginane, widocznie rozstrzelani siłowali bronić się. My, Polacy, trzymaliśmy się razem. Stanęliśmy na wielkim nasypie wybranym z grobu. I tu, ubrany w szaty liturgiczne, poświęciłem groby, odmówiłem rytuałem przepisane modlitwy, posypałem groby ziemią. Następnie odmówiliśmy modlitwy za dusze tych, którzy tu zginęli, za Polskę. Po oddaniu tej posługi religijnej już nie mogły dłużej wytrzymać nerwy moje i oddaliłem się głęboko w las i usiadłem na pniu świętego drzewa. I tu odnaleźli mnie Niemcy i dwukrotnie nakłaniali mnie do przemowy przez radio, czemu stanowczo odmówiłem, twierdząc, że za poważna tu dla nas chwila, a nadto bardzo źle się czuję. Po dłuższym czasie, kiedy już mieliśmy wychodzić z lasu, zauważyłem, przechodząc obok jakiegoś 70–75 letniego starca, któremu zadawano pytania przez mikrofon. Starzec zrobił na mnie wrażenie bardzo wystraszonego, sterroryzowanego człowieka. Po godzinie 12.00 opuściliśmy las i autami wyjechaliśmy z powrotem do Smoleńska. Po drodze na pierwszym czy drugim kilometrze zatrzymaliśmy się przed małym domkiem, gdzie na ganku, w oszklonej gablocie, pomieszczane były różne przedmioty podobno wyjęte z grobów, jak kartki, notatki, dewocjonalia i t. d. Po krótkim pobycie w tym domu odjechaliśmy z powrotem do Smoleńska, a w godzinach popołudniowych odwieziono nas na lotnisko, skąd odlecieliśmy do Krakowa, po drodze zatrzymując się w Baranowiczach i Warszawie. Oto kolejny przebieg naszej podróży do Katynia. Ksiądz kanonik Jasiński, kanonik kapitulny metropolitalny. Kraków. Dnia 14.06.1945.

Powrót